Radeba

Świat okiem kibica

The World Seen With  A Football Fan's Eye

FC Barcelona

13.09.2014 PRIMERA DIVISION 2014/2015
FC Barcelona - Athletic Bilbao 2:0

Pretekstem do wyjazdu na mecz był list do Świętego Mikołaja, który mój starszy syn wystosował blisko rok temu. Możliwość zobaczenia w akcji Dumy Katalonii pojawiła się na pierwszym miejscu w rankingu choinkowych prezentów, a ponieważ walka o Mistrzostwo Hiszpanii toczyła się w ubiegłym sezonie praktycznie do ostatniej kolejki, Święty Mikołaj miał trudności z nabyciem biletów. Chodziło bowiem o mecz z jakimś poważnym przeciwnikiem, a nie z drużyną, której nazwę trudno wymówić, albo, co gorsza, mielibyśmy obaj wątpliwości, czy aby na pewno gra w hiszpańskiej ekstraklasie. Warto przy tym wspomnieć, że ponad dwa lata temu byliśmy w Barcelonie, na meczu Primera Division, a jakże, pomiędzy Espanyolem a Walencją. Jednakowoż, jak się łatwo domyslić, takim sianem wykręcić się nie sposób: co Barca, to Barca (a nie tam „jakiś Espanyol”, każdy klub La Liga jest w zasadzie espanyol, czyli hiszpański), a Camp Nou to Camp Nou.
Suma sumarum, polowanie na bilety rozpocząłem tuż po starcie nowego sezonu, wybór padł na pojedynek z Athtelic Bilbao. Przy okazji udało się odczarować małą legendę. Okazuje się, że nie trzeba wcale znajomości w zarządzie FC Barcelona, żeby zdobyć bilet, a instytucja pośrednictwa - być może przydatna w zdobywaniu wejściówek na mecz Gibraltaru z Polską, ale też nie sądzę - jest równie zbyteczna. Wystarczy wejść na stronę internetową Barcy, sekcja „ticketing”, następnie wybór meczu, sektora, miejsc, płatność kartą i voila – można organizować logistykę, czyli samolot i hotel.
Z tym ostatnim były małe schody, cena noclegu oscylowała w okolicach 200-250 Euro (nie mam tu na myśli noclegowni pod haslem „ilu wejdzie na pryczę, tylu probuje zasnąć”), co na pierwszy rzut oka wydawało się rozbojem w biały dzień. Okazało się, że w przeddzień meczu miasto świętowało Dzień Narodowy Katalonii, który zwabił turystów z całego świata i siłą rzeczy dał okazję hotelarzom do żniw. Z niewidzialną ręką rynku (popyt decyduje o cenie) mało kto wygrał. Tyle tytułem wstępu. 
Barcelona nie jest jakimś superatrakcyjnym miastem, ale spacer po zabytkowym centrum, w okolicach katedry (nie mylić z Sagrada Familia) sprawia frajdę. Urokliwe zakątki, nadmorska promenada, szcześliwe twarze zarówno tubylców, jak i turystów – wprawia człowieka siłą rzeczy w dobry nastrój. Wspomniana Sagrada Familia jak zwykle w remoncie, dźwigi stały się częścią architektonicznego profilu tego przybytku, ale turystom zupełnie to nie przeszkadza – każdy chce mieć selfie z katedrą w tle. Na Camp Nou można się spokojnie dostać metrem, wybierając jedną z trzech docelowych stacji. My wybraliśmy Palace Royal, co dało nam mozliwość krótkiej, acz treściwej wizyty w pobliskim parku i zobaczenia rzeczonego pałacu. O drogę na stadion nie trzeba nikogo pytać: zmierzające ku świątyni futbolu mniejsze i większe grupy kibiców ubranych w barwy Barcy niezawodnie wskazują kierunek marszu. Wkrótce spotkała nas pierwsza atrakcja popołudnia: dosłownie kilka metrów od nas zatrzymało się audi Q7 z Suarezem w środku. Świeży nabytek Barcy wypytywał porządkowych prawdopodobnie o dojazd na miejsce parkingowe (wiadomo, „n o w y”). Było to bezspornym dowodem na to, że urugwajski gryzoń w meczu przeciwko Baskom nie wystąpi, ale i tak mój Pierworodny był wniebowzięty. Kilkaset metrów dalej tłum już solidnie zgęstniał, przez brame wejściową szliśmy sobie gesiego. Teren okołostadionowy nie powala: ot, knajpy, punkty gastronomiczne, muzeum klubu – niby wszystko OK, a jednak kibicowską duszę kłuje wrażenie prowizorki. Dla porównania, podobne zaplecza komercyjne obydwu klubów z Manchesteru biją Barcę na głowę. Tak czy owak, do sklepu z pamiątkami weszliśmy, zdjęcia z manekinami (oraz bez tychże) zrobiliśmy, a następnie udaliśmy się na trybuny. Dopiero tam zdałem sobie sprawę, że kultowy obiekt jest już mocno leciwy, a planowana rekonstrukcja bądź rozbudowa tegoż (jak zwał, tak zwał) to nie żadna fanaberia, ale zwykła konieczność. Poza tym zwiększenie pojemności stadionu z pewnością się opłaci, jednakowoż pod warunkiem, że Katalończycy nie spuszczą z tonu pod względem sportowym. Na trybunach uważne oko spostrzegło przedstawicieli wszystkich ras, obydwu płci, większości zawodów oraz filozofii życiowych. Jednym słowem – każdy prawdziwy kibic piłkarski musi zaliczyć Camp Nou choć raz w życiu, choćby nie wiem co.
Obawialiśmy sie o skład Barcy – na dwa tygodnie przed meczem docierały do nas za pośrednictwem mediów hiobowe wieści, zwłaszcza te dotyczące kontuzji Messiego. Wiadomo: przyjechać do świątyni futbolu i nie zobaczyc jej króla byłoby bolesnym doświadczeniem. Na szczęście rozgrzewka rozwiała wątpliwości – pierwszy skład błyszczał znanymi nazwiskami (no, może ze dwa dla mniej wytrawnych fanów były niespodzianką), a potem okazało się, że Luis Enrique trzyma w rezerwie prawdziwego jokera, o czym za chwilę. Przede wszystkim w pierwszym składzie wyszedł Messi i kątem oka zobaczyłem, jak mój Pierworodny odetchąłl z ulgą swoją 11-letnią piersią. Pierwsze minuty meczu mogły przynieść prowadzenie gościom, do których żywię nieskrywaną sympatię - byłem naocznym świadkiem wygranej Athletic z Barceloną 1. grudnia 2013, a jednocześnie pierwszej ligowej porażki Katalończyków w poprzednim sezonie (patrz relacja z meczu). Niemiłosiernie ogrywany byl Jordi Alba, a w środku pola pierwsze skrzypce grał Michel Rico. W odpowiedzi kilkoma interesującymi akcjami popisał się Munir, ale było jasne, że od pierwszego opierzenia do posiadania regularnych piór prowadzi trudna, a niejednokrotnie ciernista droga. Do przerwy 0:0. Po zmianie stron determinacja ubranych tego dnia w "wyjazdówki" (pewnie ze względu na wspomniane święto) gospodarzy była aż nadto widoczna, ale brakowało skuteczności. Wejście Neymara przesądziło o końcowym wyniku. Brazylijczyk strzelił dwie bramki, obydwie po podaniach Messiego. Cały stadion zafalował ze szczęścia, a na kilkanaście minut wszedł na boisko Pique, którego szkoleniowiec Barcy podobno nie lubi.
Rozbrzmial w końcu ostatni gwizdek i wszyscy, czyli ponad 80 tysięcy ludzi, zaczęli grzecznie opuszczać stadion. Kolejny karb na kolbie jest, a mój Pierworodny utwierdził sie w swoim afekcie do Barcelony. Co ciekawe, o koszulke (wyjazdowego "różasa") poprosił dopiero po powrocie do domu.