Radeba

Świat okiem kibica

The World Seen With  A Football Fan's Eye

Raja Casablanca

16.03.2014 GNF1 2013/2014
Raja Casablanca - Wydad Fes 4:0

Na kilka dni przed przyjazdem do Maroka zmienił się terminarz rozgrywek tutejszej ligi. Okazało się, że Kawkab Marakesz nie gra w piątek u siebie, tylko w sobotę gdzieś na wyjeździe. Musieliśmy dostosować się do nowego rozdania i wybrać inny mecz – grzechem byłoby nie skorzystać z okazji, bo nie jest pewne, czy w takim miejscu pojawimy się jeszcze raz – a nawet jeżeli tak, to nie wiadomo, czy piłka nożna będzie nas w dalszym ciągu rajcować.
Padło na mecz w Casablance, gdzie w niedzielny wieczór miejscowa Raja podejmowała jedną z dwóch drużyn z Fezu – nota bene zajmującą ostatnie miejsce w tabeli. Ponieważ żona na meczach towarzyszy mi niezmiernie rzadko (konkretnie - jak dotąd cztery razy), postanowiłem zrujnować się na bilety VIP-owskie, po 200 dihramów (czyli ok. 20 euro) sztuka. Zazdrościł nam nawet kibic, który stał za nami przy kasie, twierdząc, że to „najlepsze miejsca na stadionie”. Generalnie towarzystwo białej kobiety wzbudzało sensację, a jeden z kontrolerów w mundurze z wyraźną ciekawością w oczach spytał, czy jesteśmy z prasy. Zgodnie ze stanem faktycznym zaprzeczyłem dodając jednocześnie, że przyjechaliśmy specjalnie do Casablanki, żeby zobaczyć Raja w akcji. Wzbudziło to niekłamany podziw wszystkich kontrolerów biletów oraz agentów bezpieczeństwa stojących w pobliżu. Miejsca nie okazały się rewelacyjne – co prawda w środkowym sektorze, ale za to dość nisko, tak że widok na część boiska przesłaniały budki nad ławkami rezerwowych obu drużyn. Trudno, zaprawiony w trudzie i znoju kibic, a do takich się zaliczam (nie raz i nie dwa siedziało się w strefie VIP-owskiej) musi z godnością przyjąć na klatę i takie przeciwności losu.
Pierwsze dwadzieścia minut meczu pozwalało przypuszczać, że grają drużyny o zbliżonym poziomie umiejętności. Gdy za rogiem boiska zaczęła sie już czaić Pani Nuda, rozpoczęła się egzekucja przyjezdnych, którym Raja zaaplikowała w ciągu kolejnych dwudziestu minut cztery bramki. I na tym relacje z samego meczu można właściwie zakończyć, bo trener Wydadu najwyraźniej nakazał swoim podopiecznym uniknąć dwucyfrówki, a gospodarze postanowili udawać Barcelonę i urządzili konkurs na największą liczbę podań na połowie przeciwnika. Czasem (pewnie z nudów) podawali nawet do bramkarza, choć sytuacja boiskowa zupełnie tego nie wymagała – niech sobie chlopak też czasem piłke kopnie – w sumie świadczyło to o poprawnych relacjach koleżeńskich w drużynie, w której prym wiódł oznaczony numerem 5 środkowy pomocnik (nazwisko do ustalenia). Mam wrażenie, że poradziłby sobie spokojnie w średniej klasy zespole którejś z czołowych lig europejskich.
Zdecydowanie największą atrakcją widowiska byli miejscowi ultrasi, którzy usadowili się na trybunie za jedną z bramek, czyli klasycznie. Podzielili się na dwie podgrupy: po jednej stronie półgolasy, po drugiej – zielonasy, choć odcień koloru nie budził skojarzeń ani z UFO, ani z Kermitem. Swój popis rozpoczęli tuż przed pierwszym gwizdkiem sędziego a repertuar, różnorodność ekspresji, a nawet choreografia (jeden z utworów wymagał poruszania się w obydwu kierunkach) może wzbudzić podziw nawet wsród stadionowych wyjadaczy. Zespół, któremu nie grozi ani spadek, ani mistrzostwo, może być ze swoich kibiców po prostu dumny.
Zastanowiła nas też bardzo liczna grupa fotoreporterów, co sugerowałoby, że w Maroku gazet i czasopism poświęconych choćby częściowo piłce jest więcej niż w krajach zachodnioeuropejskich. Doszliśmy do wniosku, że kamizelka z napisem „presse” na plecach może być też swoistą wejściówka na stadion na tzw. krzywy ryj – obsługa stadionowa przecież nie będzie sprawdzać, czy ktoś na pewno ma aparat.
Po meczu spokojnie udaliśmy się w drogę powrotną do hotelu konstatując, że liczne służby porządkowe oraz siły policyjne są w pobliżu stadionu wyłącznie proforma.