Radeba

Świat okiem kibica

The World Seen With  A Football Fan's Eye

Warszawa - Stadion Narodowy

16.10.2012 Eliminacje do Mistrzostw Świata 2014
Polska - Anglia (mecz się nie odbył)

Pierwszy (i mam nadzieję ostatni) raz pojechałem na mecz, który się nie odbył. O przyczynach kompromitacji powiedziano już bardzo dużo, ale kac pozostanie - mecz odwołano na stadionie, który jako jedyny w Polsce ma zamykany dach. Gdyby choć sprawnie i szybko zakomunikowano, co dalej. To też się nie udało - zamiast tego mieliśmy możliwość zobaczenia przedstawiciela FIFA, który chodzi po nasiąkniętej wodą murawie w trakcie ulewy, rzuca piłką, po czym z ciekawością naukowca patrzy, co się stanie. Szkoda, że nie wystąpił jakiś połykacz ognia, człowiek-guma albo brzuchomówca - byłoby równie a propos. Na wysokości zadania stanął catering (wiem, bo musiałem męczyć się w luksusie w strefie super-vipowskiej). Korzystając z okazji zamieniłem słowo z premierem Marcinkiewiczem - fajny chłop, twierdzi, że w Londynie dość często chodzi na mecze Chelsea. Tuż za nami na trybunie stał, z nadzieją w oczach, Andrzej Seweryn, który po ogłoszeniu werdyktu organizatorów wyraził swoją opinię za pomocą słów, które określane są mianem "męskich". Ubranie i buty schły jeszcze przez parę dni, cud boski, że się nie przeziębiłem. Po stronie plusów, oprócz towarzystwa swoich kolegów, cateringu oraz rozmowy z byłym premierem mogę śmiało zaliczyć przejażdżkę kolejką z lotniska na stadion. Poziom iście europejski, do tego napisy po rosyjsku i grecku, tip-top.

                                                                 17.10.2012
                                                                 Polska - Anglia 1:1

Następnego dnia mecz obejrzałem w domu w TV. I choć przewidywałem sromotną porażkę, to jak każdy normalny kibic szedłem za biało-czerwonymi - taka to już chyba nieuleczalna przypadłość zdecydowanej większośći z nas, no może z wyjątkiem Jana Tomaszewskiego. Bramka Rooneya mogła wskazywać, że i tym razem będzie jak zwykle. Z jednej strony tak się stało, bo po raz kolejny nie udało nam się wygrać z Anglikami i ta niemoc trwa już od 6. czerwca 1973 roku, ale z drugiej strony poprawy w jakości gry, zaangażowania i woli walki nie zauważył tylko wyjątkowo zacietrzewiony defetysta. Do tego czapki z głów przed Fornalikiem za odwagę - trzeba mieć wiadomo co (oprócz noszenia spodni), żeby w takim meczu wstawić do wyjściowego składu Wszołka i Krychowiaka, a w końcówce dać pograć Milikowi. Anglia była rzeczywiście w środowy wieczór do ogrania, ale dobre drużyny już tak mają, że potrafią nie przegrać nawet mimo wyraźnie słabszej dyspozycji.
Reprezentacja ma teraz kilka miesięcy spokoju, kolejny mecz w eliminacjach dopiero na wiosnę. Fornalik będzie musial wtedy potwierdzić, że dobry występ przeciwko Anglii to nie efekt "dnia konia" zaliczonego przez Grosickiego i Glika, ale symptom długofalowej i istotnej zmiany na lepsze, którą dodatkowo ma szansę wesprzeć nowe szefostwo PZPN wyłonione w niedawnych wyborach. 
Na wiosnę na pewno będę ponownie trzymał kciuki za naszych. Zasługujemy na więcej niż rozpamiętywanie bramki Domarskiego na Wembley 17 października 1973 roku oraz dwóch karnych obronionych w trakcie MŚ w RFN rok później, przez późniejszego działacza PRON-u oraz posła PiS-u w jednej osobie.