Radeba

Świat okiem kibica

The World Seen With  A Football Fan's Eye

Evian

18.05.2013 LIGUE 1 2012/2013
Evian - Valenciennes 2:0

Historia klubu nie jest długa, ale dość zagmatwana. Powstał w 2003 roku w Gaillard, z połączenia dwóch innych. W tym samym roku właścicielem klubu został szef grupy Danone i zmienił nazwę na FC Evian, a akcjonariuszami zostali również Zinedine Zidane, Bixente Lizarazu i Alain Boghossian (wszyscy trzej - Mistrzowie Świata AD 1998). Od sezonu 2010/2011 drużyna rozgrywa mecze na Parc de Sports w Annecy, inaczej nie dostałaby licencji na grę nawet w drugiej lidze francuskiej. Sezon 2011/12 był pierwszym w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Na bramce poproszono mnie o oddanie mojej lustrzanki do depozytu, tłumacząc, że takowy sprzęt mogą na obiekt wnieść jedynie dziennikarze. Nie byłem zaskoczony, kilka razy wcześniej (ostatnio na SC Freiburg) udało mi się wyżebrać pozwolenie od obsługi, która tym razem była nieugięta.
Mimo młodego wieku klubu na stadionie regularnie pojawia się kilkanaście tysięcy kibiców, prawdopodobnie z braku lepszej alternatywy w okolicy - w pobliżu innych zespołów z Ligue 1 brak, a Servette Genewa i Lausanne Sports zza miedzy wiecznie balansują między I-szą a II-gą klasą rozgrywkową Szwajcarii.
Valenciennes rozpoczęło mecz na luzie, co skrupulatnie wykorzystali miejscowi, zdobywając bramkę już w drugiej minucie po popisowej kontrze. Gdy 10 minut później zrobiło się 2:0, miejscowa tłuszcza poczuła zapach krwi i ze zdwojonym wysiłkiem zaczęła domagać się kolejnych bramek. Mineralni osiedli jednak na laurach i nic szczególnego nie wydarzyło się do końca pierwszej połowy - nie licząc deszczu, który zaczął być uciążliwy mimo zadaszonej trybuny. W trakcie przerwy tłumy pobiegły po frytki i colę, palacze puszczali dymka na miejscu. Zastanowiła mnie spontaniczna reakcja na ogłaszane wyniki do przerwy w innych spotkaniach Ligue 1, po czym skonstatowałem (trudne słowo), że Mineralni zwycięstwem zapewnią sobie byt w ekstraklasowym towarzystwie. Tak się też w sumie stało, mimo że goście zagrali w drugiej odsłonie lepiej, a przede wszystkim odważniej, a bramka kontaktowa wisiała na włosku.
W 90. minucie na boisku w drużynie Valenciennes pojawił się niegdysiejszy gwiazdor Wisły Kraków (jak i niedoszły reprezentant Polski), Maor Melikson. Nie trzeba dodawać, że zakupiony za niespełna milion euro izraelski pomocnik nie miał szans na zaprezentowanie swoich możliwości, choć statystyki wskazują na to, że do tej pory zazwyczaj wychodził w pierwszym składzie, a w meczu poprzedniej kolejki (przeciwko Rennes) strzelił nawet bramkę.
Ostatnich parę minut meczu to przykład perfekcyjnej kibicowskiej współpracy - przez wszystkie trybuny przetaczała się bez zakłócen meksykańska fala. Po ostatnim gwizdku sędziego (cała czwórka ubrana na żółto - aż oczy bolały patrzeć) publiczność dziękowała swym ulubieńcom za pozostanie w Ligue 1 na następny sezon, a ja pobiegłem do depozytu, żeby zapobiec wylosowaniu mojego Nikona przez kogoś z podobnym numerkiem.
Wciąż nie jestem pewien, czy większą atrakcją weekendowego wypadu do Annecy był mecz, czy spacer po starówce miasta.