Radeba

Świat okiem kibica

The World Seen With  A Football Fan's Eye

Juventus Turyn

13.09.2015 SERIE A 2015/2016
Juventus Turyn - Chievo Werona 1:1

Bianco-nerich do tej pory widziałem na żywo dwukrotnie w meczach wyjazdowych: w 2012 przeciwko Atalancie w Bergamo i rok później w derbach Turynu. Obydwa wspomniane mecze zakończyły się wynikiem 2:0 dla Juve, który nie pozostawił swoim przeciwnikom żadnych złudzeń co do możliwości urwania choćby punktu, dominując przebieg obydwu wspomnianych spotkań. Obecny sezon rozpoczął się dla Starej Damy fatalnie: dwa mecze, dwie porażki i zupełnie niespodziewanie zrobiło się nerwowo. Tym bardziej, że mimo odejścia trzech kluczowych zawodników (Tevez do Boca Juniors, Vidal do Bayernu, Pirlo do ligi MLS co de facto oznacza piłkarską emeryturę) w żadnym wypadku nie doszło do osłabienia składu. Przede wszystkim udało się zatrzymać Pogbę, choć mówiono o możliwości pobicia dotychczasowych rekordów sum transferowych. Oprócz tego w Turynie pojawili się Mandżukić i Khedira, których zalet nie trzeba nikomu opisywać, a także Dybala, który wcześniej zaliczył bardzo udany sezon w Palermo oraz niechciany w Chelsea Cuadrado.
W sobotni wieczór na Juventus Stadium pojawiła się drużyna Chievo, dość sensacyjny lider ligi. Trener Allegri nie uwierzył w moc przyjezdnych, zachowując wiekszość swoich asów w rękawie, czyli na ławce rezerwowych, ale już w piątej minucie spotkania przekonał się, że Chievo to całkiem solidny zespół, który nie przyjechał do Turynu z prośbą o litość. Juventus rozpoczął walenie głową w mur i choć przesiadywał na połowie gości prawie non stop, nic konkretnego z dość chaotycznych ataków nie wynikało. W związku z tym po przerwie na boisku pojawił się Pogba, który zastąpił niemrawego tego wieczora Marchisio, a wkrótce do boju zostali rzuceni Mandżukić i Cuadrado. Inwencji starczyło na wypracowanie przez Kolumbijczyka rzutu karnego, którego na bramkę pewnym strzałem zamienił Dybala, ale Chievo na nic więcej nie pozwoliło. Inna sprawa, że goście kilkanaście minut wcześniej zdobyli bramkę nie uznaną przez sędziego. Tak czy owak, zostawili w Turynie bardzo dobre wrażenie, choć na mistrzostwo Włoch w takim składzie osobowym ("no names") raczej szans nie mają.
Po opuszczeniu stadionu szybciutko udało nam się złapac taksowkę, która zawiozła nas do hotelu. Kierowca spytał z grzeczności o wynik meczu, jednocześnie przyznając, że piłka nożna interesuje go średnio, a prawdziwym uczuciem obdarzył narciarstwo i tenis. Cóż, bywa i tak. Pokiwaliśmy kurtuazyjnie głowami, udając zrozumienie dla tak przedziwnego światopoglądu...