Radeba

Świat okiem kibica

The World Seen With  A Football Fan's Eye

RC Strasbourg

22.11.2013 NATIONAL 2013/2014
RC Strasbourg - Orleans 1:0

Zdecydowałem się na ruch całkiem szalony i kupiłem bilety na klubowej stronie internetowej. Zamiast biletów w formacie pdf otrzymałem zdawkowego maila, którego na wszelki wypadek postanowiłem wydrukować. Pokazywalem go potem różnym ludziom ze służby porządkowej na stadionowych bramach, ale nie wzbudzał większego zainteresowania, bo po pierwsze: był po niemiecku, a po drugie - przyznaję się bez bicia: pomysł kupowania biletów na mecz trzeciej ligi francuskiej przez internet to jednak było szaleństwo. Ulitowała się w końcu nad nami jakaś pani w odblaskowej kamizelce służby porządkowej i dostąpiliśmy zaszczytu wejścia na stadion.
RC Strasbourg ma bogatą historię: założony w 1906 roku przechodził z rąk francuskich do niemieckich (wiadomo: Alzacja) i ponownie do francuskich. Jest jednym z 6-ciu klubów francuskich, którym udało się zdobyć trzy najważniejsze trofea krajowe: mistrzostwo (1979), puchar Francji (1951, 1966, 2001) i puchar ligi (1997, 2005). Trudno jednak mowić o stabilności sportowej oraz finansowej klubu, który po zakończeniu sezonu 2010/11 został zdegradowany do czwartej klasy rozgrywkowej z powodu bankructwa. Jest tez akcent polski: w sezonie 1987/88 Henryk Kasperczak poprowadził zespół do mistrzostwa Ligue 2.
Stadion jest duży (teoretycznie może pomieścić 29 tysięcy kibiców), ale mocno zaniedbany. W piątkowy wieczór, pewnie z braku ciekawszych zajęć, na Stade de la Meinau pojawiło się niespełna 9 tysięcy widzów, w tym niewielka grupka przyjezdnych, z których kilku, jak przystalo na prawdziwych ultrasów, postanowiło zaświecić gołymi klatami.
Mecz nie był porywającym widowiskiem, ale to, co się wydarzyło w końcówce zasługuje na najwyższy podziw i szacunek: gospodarze zdobyli bramkę w doliczonym czasie gry po fatalnym kiksie jednego z piłkarzy Orleans, który płakał po zakończeniu meczu przez dobrych kilka minut. Niby trzecia liga, niby faceci, co to podobno nigdy nie płaczą, a tu proszę - emocje wzięły górę.
Bramkę dedykuję tym wszystkim baranom, bo nie mogę ich nazwać inaczej, którzy opuścili stadion na kilka minut przed końcowym gwizdkiem sędziego. Dobrze im tak.