Radeba

Świat okiem kibica

The World Seen With  A Football Fan's Eye

Urawa Red Diamonds

29.05.2013 J1 LEAGUE 2013
Urawa Red Diamonds - Vegalta Sendai 1:1

Zdobyć bilety na mecz to nie lada sztuka i wcale nie chodzi o to, że są rozchwytywane jak przysłowiowe ciepłe bułki (na 60-cio tysięcznik przyszło tego wieczoru ok. 24 tysiące kibiców), ale o stronę formalno-biurokratyczną: trzeba się najpierw zarejestrować (oczywiście w języku japońskim), podać numer buta i kołnierzyka, aby następnie dostać od klubu zgodę na wybór sektora i miejsca na stadionie oraz uiścić wskazaną opłatę. Uparłem się, że bilety musimy mieć przed przyjazdem i choć próbowałem uruchomić kilka kanałów komunikacyjnych, skuteczny okazał się tylko jeden – Takeo najpierw przedstawił trzy warianty do wyboru, sugerując jednocześnie ten (jego zdaniem) najlepszy, a następnie zajął się techniczną stroną transakcji. Bilety wręczył nam na kolacji w centrum Tokio, łącząc pożyteczne z jeszcze bardziej przyjemnym.
Na stadion jedzie się ze stacji Tamashi ok. godziny, najpierw kolejką Japan Railways, a następnie metrem. Po wyjściu z budynku stacji końcowej napotkaliśmy na pierwszy interesujący obrazek: kilkusetmetrowe kolejki do autobusów, które zawiozą kibicowską gawiedź na stadion. Per pedes to ze dwa kilometry, po krótkim namyśle oraz ocenie stanu obuwia (całkiem nowe) postanowiliśmy zażyć przyjemności spaceru, nasiąkając jednocześnie atmosferą tłumu. Ta w zdecydowany sposób różniła się od typowo europejskiej: zero emocji i pieśni sławiących Czerwone Diamenty z Urawy. Liczyliśmy chociaż na urąganie drużynie przeciwnej, ale na próżno. Być może dlatego, że spora część kibiców udawała się na mecz prosto z biura – nierzadko w garniturze z torbą i laptopem pod pachą. Jednym słowem: ultrasów nie stwierdzono. Po drodze mogliśmy podziwiać kilkanaście transparentów zawieszonych na płocie, sławiących imię klubu, a jednocześnie integrujących brać kibicowską: “Kochamy Was, Reds”, “Do boju, Reds”, “Jesteście w naszym sercach, Reds” to przykłady najbardziej agresywnych haseł. Minęliśmy też kilka mobilnych punktów gastronomicznych (czyli budek z tzw. dżankfudem) oraz jedno stoisko z koszulkami klubowymi z Europy – jego kierownik ziewał sobie przyjaźnie, licząc na bardziej wyrobioną publiczność w przyszłości, bo tym razem zainteresowanie ofertą było znikome.
Naładowani pozytywną energią dotarliśmy w pobliże stadionu, by za chwilę podziwiać stoiska z klubowymi pamiątkami. Chętnych do zakupu tychże naliczyliśmy w sumie siedem osób, a więc łokciami nie walczyli, bo nie musieli. Wejście na stadion całkiem sprawne (starszy pan z wyraźnym zażenowaniem zajrzał do torebki mojej Żony, a ponieważ nie znalazł tam ani broni chemicznej, ani nawet biologicznej, ukłonił się, dając do zrozumienia, że procedura bezpieczeństwa niniejszym dobiegła końca). Z dotarciem na konkretny sektor było kapkę trudniej, bo dziewczyna z obsługi widowiska po angielsku mówiła w stopniu biegłym, ale tylko jedno slowo: “yes”. Przed pierwszym gwizdkiem sędziego załapaliśmy się na prawdziwy koncert kibicowski, którego nie powstydziłaby się żadna z ekip europejskich, co zresztą widać na załączonym filmiku. Ku naszemu zaskoczeniu w sektorze gości pojawiła się całkiem spora grupa kibiców Vegalty, mimo że z Sendai musieli pokonać dystans ponad trzystu kilometrów. 
Drużyna gospodarzy do złudzenia przypominała Manchester United: czerwone koszulki, białe spodenki, czarne getry. Na stroju wszelkie podobieństwa sie skończyły, bo poziom umiejętności jeszcze nie ten, a ewentualnych kandydatów do pójścia w ślady Shingi Kagawy nie widać. Gospodarze zaczęli ambitnie, ale bramkarz przyjezdnych nudził się do mniej więcej 30-tej minuty, kiedy to musiał obronić strzał...własnego obrońcy. Vegalta sprawiała wrażenie wyczekującej na argumenty Czerwonych, bo to ci ostatni grali o coś: w dalszym ciągu uczestniczyli w walce o tytuł mistrzowski. Gospodarzom parokrotnie udało się przedostać w pobliże pola karnego przeciwnika, ale tu zdolności kreatywne gwałtownie gasły. Nawet po strzale z rzutu wolnego piłka poszybowała prosto w przestrzeń kosmiczną. Sędzia nie miał powodu do przedłużania regulaminowego czasu gry, więc gwizdnął dokładnie po 45-ciu minutach od jej rozpoczęcia. I tu kolejna niespodzianka: kolejki po chipsy i colę prawie żadnej, większość towarzystwa została na swoich miejscach w sektorach, zgodnie i ochoczo zabierając się do konsumpcji wałówki przywiezionej ze sobą na stadion. Stukot pałeczek oraz siorbanie zdawały sie zagłuszac reklamy nadawane na beamerze.
Na drugą połowę goście wyszli najwyraźniej z mocnym postanowieniem sięgnięcia po pelną pulę. Czerwoni też, ale w pierwszym kwadransie kilkakrotnie zostali zamknięci w iście hokejowym zamku przez przyjezdnych, wzbudzając niekłamaną konsternację na trybunach. I gdy widmo znienawidzonego przez kibiców na całym świecie bezbramkowego remisu nadciągalo pełną parą, wprowadzony w II-giej polowie Brazylijczyk Marcio Richardes uruchomił przytomnym podaniem swojego kolegę, który został sfaulowany w polu karnym. Stadion ożył, dwadzieścia wielkich czerwono-bialo-czarnych flag znów załopotało na wietrze. Wykonawca rzutu karnego, Yuki Abe, nie dał się sprowokować niewybrednym wybiegom bramkarza gości, który opóźniał egzekucję wszelkimi sposobami (wydawało się nawet, że poprosi sędziego o pół godziny przerwy, bo musi pilnie zadzwonić do matki) i wyprowadził Redsów na prowadzenie. Gdy tłum przyzwyczaił się już do myśli o zwycięstwie, Vegalta wyrównała, co z przebiegu gry należało się przyjezdnym jak najbardziej. Gdyby odważniej zagrali w pierwszej połowie, powodów do radości dla Czerwonych Diamentów nie byłoby w ogóle. Gwiazdor gości, Brazylijczyk Wilson, mający za sobą krótki epizod we włoskiej Serie A, niczym szczególnym nie zaimponował. Wyręczył go mózg drużyny, oznaczony numerem 17. Shingo Tomita, który moim zdaniem ma papiery na grę w Europie: wszędobylski, dobry technicznie, odważny. Ciekawe, czy wypatrzy go ktoryś ze skautów.
Publiczność musiała zadowolić się remisem, ale gwizdów i narzekań nie było, w ogóle poziom spontaniczności reakcji na wydarzenia boiskowe w skali 1-10 oceniliśmy na 2. Jeśli ktoś poderwie się z krzesełka pod wpływem emocji, zrobi to tak, żeby nie zaslonić widoku kibicowi w następnym rzędzie – taka kultura.
W drodze powrotnej do stacji metra ten sam właściciel stoiska z koszulkami ziewał tak samo, przeklinając zapewne rodzaj działalności biznesowej, na którą się zdecydował – frytki lub sushi na wynos prawdopodobnie przyniosą większe zyski, bo jak wiemy z teorii matematyki, każda liczba naturalna jest większa od zera.
Warto wspomnieć, że w pobliżu stadionu nie bylo nawet pół policjanta, kilku regulatorów ruchu w odblaskowych kurtkach obojętnie przyglądalo się kibicom.
Na stacji metra znowu tłok, ale łokcie i tym razem się nie przydały, a pociąg ruszył w kierunku Tokio z dokładnością co do minuty.

Download files