Radeba

Świat okiem kibica

The World Seen With  A Football Fan's Eye

Watford

14.12.2013 CHAMPIONSHIP 2013/2014
Watford - Sheffield Wednesday 0:1

Właściwie nie wiadomo, czy stadion przy Vicarage Road lata świetności ma za czy przed sobą. Czwarta trybuna jest co prawda w budowie, ale generalnie obiekt sprawia wrażenie prowizorki. Po stronie plusów można wymienić zaopatrzenie punktów gastronomicznych (do nabycia był nawet całkiem pijalny merlot w poręcznych buteleczkach) oraz sprawną obsługę przedmeczową - panienka (?) bez mrugnięcia okiem wydrukowała bilet, który powinien być gotowy do odbioru i jeszcze przeprosila za niedociągnięcie organizacyjne klubu. Wspaniałomyślnie przeprosiny przyjąłem.
W ekipie gospodarzy nie ma znanych nazwisk na pęczki, ale na upartego mozna znaleźć dwa: trenerem "Szerszeni" (nota bene w herbie klubu jest głowa łosia) jest Gianfranco Zola - legenda włoskiego futbolu, bramkarzem - Manuel Almunia, który swojego czasu nie dał w Arsenalu pograć Fabiańskiemu, by trochę później uznać wyższość Szczęsnego. Hiszpan nie pojawił się jednak na boisku - prawdopodobnie nie jest w formie, więc między słupkami stanął 20-letni Jonathan Bond. Młokos popelnił tylko jeden błąd, ale to wlaśnie ten błąd zadecydował o wygranej Sheffield Wednesday. Dokładne uderzenie Wickhama z rzutu wolnego w 24. minucie ustawiło dalszy przebieg meczu. Watford rzucił się do odrabiania strat, klubowa maskotka waliła w bęben zachęcając publiczność do wzmożonego dopingu, a ta z upodobaniem lżyła sędziego za rzekomo stronnicze decyzje. Goście grali na czas (robią tak wszystkie drużyny przyjezdne we wszystkich ligach, no może z wyjątkiem Bayernu Monachium, który, przynajmniej w tym sezonie, jeśli prowadzi 6:0, to robi wszystko, żeby prowadzić 7:0), ale jakiejś szczególnej ostentacji nie stwierdziłem. Podobnie z faulami - owszem, gra była twarda (niektórzy powiedzą: męska), jak przystało na futbol angielski, ale w granicach boiskowej przyzwoitości - trup wcale nie ścielił się gęsto.
Tego popołudnia Watford do zaproponowania nie miał nic. Wybrańcy Zoli nawet dość żwawo poruszali się po murawie, ale na tym lista pochwał się wyczerpuje. Koncepcja taktyczna była tak przemyślnie zakodowana, że aż niewidoczna. Umiejętnosci indywidualne zawodników zupełnie przeciętne, do tego ewidentny brak lidera, kogoś, kto pociągnąłby kolegów na przekór przeciwnościom losu. W zasadzie jedyny jaśniejszy punkt meczu w wykonaniu miejscowych to zdobycie wyrównującej bramki ze spalonego, słusznie nie uznanej przez arbitra.
Sheffield zagrało mądrze, nie cofając się bezsensownie do obrony i od czasu do czasu wyprowadzało kontry, dając w ten sposób czas na oddech obrońcom.
Na początku drugiej połowy podszedł do mnie jeden z porządkowych i zaczął mi robić wymówki, że robię zdjęcia. Zdziwiłem się (pies z kulawą nogą nie zwrócił przedtem uwagi na zawieszony na szyi aparat), ale skoro nalegał, to mu obiecałem, że zdjęć nie będę robił. Słowa nie dotrzymałem, bo taka już moja przekorna natura, a poza tym nie mogę sobie pozwolić na brak dokumentacji kolejnego zaliczonego meczu.
Porażka gospodarzy zupełnie nie odstraszyla wiernych kibiców od zakupów pamiątek klubowych - w sklepiku pod jedną z trybun kłębiła się ciżba chętnych do posiadania koszulek, czapeczek, szalików i tym podobnych artykułów. Kobieta zmienna jest, ale miłóść kibica do ukochanej drużyny najwyraźniej nie. O czym nasza nacja wie doskonale: kibicowska gotowość do śpiewania "Nic sie nie stało, Polacy, nic sie nie stało" jest godna najwyższego uznania, podobnie jak pieniądze zostawione w kasie sklepiku Watford FC.
Happy endu nie będzie: następnego dnia Gianfranco Zola zrezygnował z funkcji trenera drużyny.